wtorek, 20 marca 2007

Pies na czekoladowym dopalaczu

Wracam dziś do domu i co widzę? Na podłodze rozerwany jakiś papier, jakieś pudełko w strzępach... Co znowu zeżarł? Przecież... nie zdążyłam dodać, że niczego nie zostawiłam, gdy rozpoznałam pudełko po czekoladkach, które przyniosła poprzedniego dnia Agnieszka. Nieszczęście! Zamarłam w panice. Pudełko było DUŻE i zdenerwowałam się, nie wiedząc ile czekolady pochłobnął mój pies i czy go to nie zabije...?
Poleciłam psu położyć się i poszukałam tętna. Nie udało się. Położyłam rękę na klatkę i wyczułam bicie serca. Szybkie. I coraz wolniejsze w miarę jak się uspakajało, bo pies leżał. Ja też się uspokoiłam i zaczęłam opanowywać z kolei złość, że jak z dzieckiem, nie można zapomnieć zostawić czegoś, bo zje i w dodatku może sobie zaszkodzić. Przeczytałam ile czekolady jest w opakowaniu i przeczytałam z ulgą, że 'tylko' 220g. To na szczęście 5 razy mniej niż dawka, która może zabić psa tej wielkości. No a poza tym, pocieszałam się, czekoladki są nadziewane, a nie składają się wyłącznie z czekolady. Malamuta zabiłoby zjedzenie 2 kg czekolady, a huska... pewnie połowa tego.
Gdy wyszliśmy na spacer, pies, w którego czekolada wlała tyle poweru co mocna kawa w człowieka, ciągnął obłędnie, jakby nie miał 9 lat tylko kilka miesięcy.
A może to tak tylko wyglądało? I Wulfy nie inaczej niż poprzedniego dnia, a zaledwie trochę mocniej parł do przodu napędzany zapachem jakiejś suki w cieczce?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz