niedziela, 5 marca 2006

Lody; 050306;

to beda fragmenty obserwacji psa husky, 7-letniego obecnie.

--------------------------------------------------------------------------------
Lody
--------------------------------------------------------------------------------
Jak myślicie, ile trwał wczorajszy niedzielny spacer? 4 godz. 15 min.
W 45 minucie spaceru wzdłuż rzeki pies się urwał na lody. Spełnił się koszmarny sen właściciela huska - pies przebiegł przez rzekę (!) i dotarł na ostrów zamknięty na głucho z jednynej dostępnej strony mostem i siatką. Przebiegł rzekę radośnie i na pewniaka, parabolą, i chwycił w zęby coś, co leżało na brzegu, zagryzł, znaczy potrząsnął głową opadł na przednie łapy i zaczął jeść. Nie wiem, co to było. Wyglądało jak wielka płaska ryba albo ogromny kawał słoniny. Albo zamarznięta łopatka renifera... Z daleka to coś bylo białe, bardzo twarde i wielkie.
Wołałam bez efektu. Przysiadłam i czekałam aż skończy. Po pół godzinie zmarzłam i wstałam, żeby rozprostować kości. Pies w najlepsze skubał swoje lody. Przeszłam na most szukając wejścia i licząc kroki, żeby wiedzieć jak głęboko wejść w ostrów, żeby znaleźć psa. Wyszło ponad 700m. Wejście było zamknięte, a ogrodzenie zastawiono siatką tak, że nawet gdybym ja przelazła i dotarła do psa, to bym nie mogła wrócić przez zamknięte wyjście z psem. Wróciłam na stanowisko obserwacyjne. Z daleka widoczne było usytuowanie psa - na lodzie na jego wysokości na rzece zgromadziły się gawrony. Ich dzioby ustawione były w jedną stronę. Ja też mogłam się tylko przypatrywać. Usiąść się nie dało, bo zimno. Zaczęłam chodzić. Minęła godzina, póltorej, dwie. Pies wytrwale ogryzał to coś, ono się zmniejszało bardzo powoli i kilka razy żałowałam decyzji odstąpienia od wspięcia przez siatkę i dotarcia do psa. Nie wiedziałam ani jak zakończyć to jedzenie lodów w psiej restauracji, ani jak wytrzymać czwartą godzinę chodzenia. Pies od czasu do czasu przerywał wygryzanie tego białego czegoś, zrywał się na cztery łapy, podskakiwał i opadał na przednie łapy z ponownym potrząsaniem głową z lodami w pysku.... Potem wracał do pozycji leżącej i do ogryzania... a ja czekałam aż pies skończy jedzenie i zdecyduje się na powrót.
Bo w myślach przewidywałam powrót psa przez zamarzniętą rzekę...
Trasa, jaką przebiegł pies, była podobna do krzywej balistycznej i nie dałoby się jej powtórzyć. Wywołał ją powiew wiatru, który od tyłu z drugiej strony rzeki ściągnął nos psa. Pies zerwał się do tego szalonego biegu nagle, ale nie kluczył. Biegł na pewniaka i na te "lodową porcję w restauracji" trafił dokładnie niemal w punkcie wyjścia na brzeg. Chciałam, żeby Amber wrócił możliwie bezpieczną trasą, więc planowałam, że jak już skończy, to go przywołam z miejsca, które łączy jeden brzeg z drugim, nie przebiegając przy tym w żadnym punkcie przez obszar ciemnego lodu, mocno nadtopionego słońcem.
Słońce zachodziło, zaszło, zrobiło się ciemnawo, ludzie przyglądali mi się, jako nietypowemu zjawisku. W miejscu, w którym się chodzi, ktoś kto sterczy bądź truchta w tę i we wtę, albo też gapi bez celu w mroźny dzionek na drugi brzeg rzeki, budzi niepokój...
W końcu stało się. Po 2,5 godzinie przegryzania lodowego przysmaku pies poderwał się i z resztką tego czegoś białego w pysku poleciał wzdłuż długiej skarpy, w stronę zamkniętego wyjścia. Masz babo placek. Na szczęscie trasa psa zbaczała, pies zatrzymywał się kilka razy, wracał i zbiegał ze skarpy w dół, nad rzekę. Wtedy go chwytałam wzrokiem i dalej śledziłam hipotetyczny przebieg trasy, aż do ponownego pojawienia się ruchu znanej sylwetki na tle nieba, w prześwicie drzew. Miałam czas na zrównanie wysokości mojej i psa. Nadal chciałam sprowadzić go bezpiecznie na tę stronę. W końcu pies porzucił zdobycz na brzegu i pobiegł raźno dalej.
Zaczęłam wołać. Pies usłyszał, zatrzymał się i... pobiegł w zupełnie inną stronę. Okazało się, że zawrócił do miejsca, gdzie pozostawił resztki. Pewnym chwytem złapał tę kość czy co to tam było i znowu pobiegł przed siebie. Żeby schować. Tym razem również wybrał miejsce na brzegu, ale dla odmiany starannie wykopał pyskiem dziurę w śniegu, po czym również pyskiem dokładnie pokrył śniegiem resztki padliny.
Gdy pies kończył usypywać kopczyk, a trwało to wiele minut, ja już byłam ustawiona tak żeby pies biegnąc do mnie miał do przebiegnięcia płat rzeki pokrytej śniegiem od jednego brzegu do drugiego. Gucio!
Pies po zakopaniu ruszyl w bardzo przemyślny bieg zmyłkowy. Biegł generalnie wzdłuż rzeki, na podwyższeniu, ale zbiegał i kluczył, wracał, tak, że sprawiało to wrażenie celowego zakładania śladów, żeby zmylić tropiących.
Wołałam i wydawało się, że pies mnie słyszy, ale nie reaguje, bo musi zakończyć, to coś, co robi.
Wreszcie przestał i usłyszał mnie. Zbiegł do rzeki i zawahał się... ja zdążyłam przebiec kilka kroków, nim zawołałam ponownie. Teraz między nami jaśniała szeroka linia białego śniegu na powierzchni rzeki. Powinno sie udać. Pies wbiegł na lód, zatrzymał się i pomknął w moją stronę. Niedaleko brzegu ponownie zatrzymał się, poruszył łapami w miejscu i skręcił. Tam ten lód wydawał mi się tylko nieco bardziej szary...
DOTARŁ do mnie i radość miał w oczach tak wielką!
PS. Jeszcze nie do końca ma darowane... to znaczy... szok jaki przeszedł mój umysł jeszcze trwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz