poniedziałek, 15 czerwca 2009

Kastracja Wufka June 15, 2009

Fri, Jun 19 2009 11:37am
    Chory jest Wufek. Bardzo. Od operacji wyglądał nieciekawie. A przez ostatnie 2 dni oddawał mocz z krwią, właściwie miał niedużo moczu, a raczej tylko parcie na pęcherz, bo zatrzymywał się co dwa kroki i próbował "coś" zrobić i nic nie wylatywało tylko pojedyncza kropla krwista.
    Po antybiotyku i no-spie jest nieco lepiej z moczem, oczyścił się, ale pies z trudem chodzi.
    W badaniach - cechy infekcji i trochę podwyższona kreatynina (jak u starszych). Na poniedziałek się chyba nie doczekam na badanie usg i dziś spróbuję znaleźć jakiegoś weta bliżej mnie. To badanie w poniedziałek, bo to podobno jedyny dobry usg-ista w mieście, powinno się odbyć natychmiast, bo jeśli ma wykluczyć zatkaną nerkę czy guza w pęcherzu, to nie powinno się czekać...
    Uch.
    Ale po kolei. Było tak:

    Operacja-kastracjaJun 10, '09 7:37 AM
     miw
    Autor Maria Sobiecka.

    Usunęłam Wufkowi jajka.
    Wyczułam w niedzielę, że powiększone jajko jest coraz bardziej twarde i dwa razy takie, jak było rok temu, gdy wahałam się, czy usuwać. Drugie, jak wcześniej, było 3 razy mniejsze i jak galareta. Dwa lata temu przy okazji usuwania guzka okołoodbytniczego prosiłam weta, by sprawdził dysproporcję wielkości i twardości jajek, ale wtedy on mnie uspokoił, że jajka są w porządku. Cały dzień bałam się, że przegapiłam okazję usunięcia nowotworu w zarodku, bo że sprawa jest rozrostowa, to tym razem już ja byłam pewna. W poniedziałek zadzwoniłam do weta (odebrała wetka) i umówiłam się na pilną operację tego samego dnia.


    Tym razem poszło dobrze. Uprzedziłam panią wetkę, że Wufek nie budził się przez 9 godzin po poprzedniej premedykacji, i nalegałam na duuużo mniejsze dawki. Udało się. Pani, z niedowierzaniem, ale dala mniej, jak na 5 kg psa, a nie 30 kg i Wufek spokojnie usnął! I do tego podała mu coś do żyły, żeby można było dodać, gdyby było trzeba i odwrócić działanie leków usypiających innym lekiem. W efekcie odebrałam psa, który stal na nogach już po pól godzinie, a nie jak wcześniej, bez przytomności, leżącego, z kapiącą śliną. No może trochę był skołowany, ale NIE MA PORÓWNANIA.


    Co do samego usuwania jajek, to próbowałam wytargować, żeby zobaczyli, czy jest nowotwór w tym jajku, co ja go chcę usunąć, jak go usuną, tym co było duże i twarde (a pani doktor przez telefon powiedziała, że to z pewnością nowotwór!), a dopiero wtedy zdecydują, czy usuwać to drugie. Ale pani doktor długo mnie przekonywała, no i w końcu uległam. Tak wiec (już pan doktor, co do którego ręki chirurgicznej mam bardzo dobre zdanie) usunęli mu oba jaja i jest teraz bezjajeczny.


    Z drugiej strony, po całym wczorajszym dniu, gdy przemyśliwałam, jak... już go grzebię, to otucha we mnie wstąpiła, gdy usłyszałam, że u psów nowotwory w jajkach są w 90% bez przerzutów, i leiomyoma, czyli względnie łagodny, taki, jak podejrzewają u Wufka, nie powinien dać późniejszych skutków... No i tak więc nie mamy jajek, mamy nadzieję w sercu i chyba będzie dobrze.
    To na gorąco z pola bitwy.
    Dobrze, że to już za nami. Dobrze, że tak szybko, bo nie wiem, jak bym przeżyła, gdybym miała z tym pomysłem żyć dłużej przed zabiegiem. [Może ja jestem jakiś facet, a nie baba, bo dla mnie kastracja nie jest "drobnym, niemal kosmetycznym zabiegiem", który się wykonuje (albo powinno wykonywać) u każdego psa, a operacją ze wskazań medycznych wyłącznie. Tak, jak słyszałam, podobno reagują faceci - na kastrację niemal nigdy nie przyprowadza swojego psa facet...]
    Następne dni były delikatnie mówiąc takie sobie. Wet zapytany o to, na co mam uważać po zabiegu, wspomniał o powiększeniu tego, co zostało po jajkach do wielkości normalnych jajek. Powiększenie nastąpiło, rzeczywiście, po 4-5 dniach. Jednak problem był z zupełnie czym innym. Po poprzednich zabiegach pies był jak nieżywy ZARAZ po obudzeniu, ale następnego dnia wszystko spływało po nim, jak po psie. Tym razem pies był chory prawie tydzień. No piątego dnia zaczął być trochę żywszy, przestał wymiotować i zainteresował się jedzeniem. Nie wiem, co było powodem. Może miał gorączkę? Może rana była zakażona? Może środek, którym wypaćkano ranę "zatruł" psa? Był srebrny i dostępny wylizywaniu. W każdym razie pies wymiotował 2-3 razy dziennie codziennie przez 3 -4 dni, niechętnie jadł i chodził osowiały.


    A może jednak po prostu niedostateczne znieczulenie odbiło się na "przerabianiu" hormonów stresu w okresie po zabiegu? Brałam też pod uwagę wrzód żołądka po środku przeciwbólowo-przeciwzapalnym, meloksikamie, jaki dostał dożylnie podczas zabiegu i pół tabletki ode mnie, następnego dnia, gdy zaczął intensywnie wylizywać ranę. Przez te pierwsze 4 dni słyszalne było bardzo, bardzo nasilone kruczenie w brzuchu. Słyszalne było z drugiego pokoju. A wylizywanie rany uznaję za objaw bólu, bo niebolącym miejscem pies się nie interesuje. Zdjęcia obok i powyżej były zrobione następnego dnia.
    Niepokojąco kilko razy drżała psu łapa, tylna, raz jedna raz druga, przy zwykłym staniu. Wchodzenie na schody było poważnym wyzwaniem. Posłużył się całkiem inną techniką - albo łapa za łapą, albo kicanie, a nie jak zwykle kilka stopni z odbicia. Tak słabe mięśnie po zwyczajnym znieczuleniu? I to przez tydzień? (Wczoraj przestało). Więc chyba nie z powodu uszkodzenia kręgosłupa w odcinku krzyżowym przy podnoszeniu psa za nogi, a z bólu(?).


    [Zdjęcia powyżej zrobiłam dziś, po 10 dniach od operacji]. Na szczęście niemal wszystko minęło, rana się prawie zagoiła, pies żywiej przebiera nogami i okazuje zainteresowanie, a nie snuje się. przemywanie wodą utlenioną i pienienie się nadal wzdłuż brzegu wskazuje na istniejącą infekcję bakteriami beztlenowymi, ale pieni się obecnie zdecydowanie mniej obficie niż wcześniej.


    Za późno zainteresowałam się tym razem raną, przekonana o "dobrej ręce" weta, i chyba przegapiłam miejscową infekcję. Dzięki wylizywaniu psa i wodzie utlenionej od 4 dnia, brzegi rany zagoiły się i nie ma nacieczenia. Dzielę się tymi obserwacjami, żeby przestrzec przed traktowaniem jakiegokolwiek zabiegu/ operacji u psa jako "kosmetyki" i sposobu na cokolwiek, co można załatwić inaczej. Każda operacja, tak u psów, jak i u ludzi, zawsze jest połączona z ryzykiem, nie tylko utraty zdrowia, ale i życia, więc powinno się poważnie przemyśleć zasadność decyzji o zabiegu. Również kastracji.
    dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09
    Piątek 19 czerwca. Chory jest Wufek. Bardzo. Od operacji wyglądał nieciekawie. A przez ostatnie 2 dni oddawał mocz z krwią, właściwie miał niedużo moczu, a raczej tylko parcie na pęcherz, bo zatrzymywał się co dwa kroki i próbował "coś" zrobić i nic nie wylatywało tylko pojedyncza kropla krwista.
    Po antybiotyku i no-spie jest nieco lepiej z moczem, oczyścił się, ale pies z trudem chodzi.
    W badaniach - cechy infekcji i trochę podwyższona kreatynina (jak u starszych). Na poniedziałek się chyba nie doczekam na badanie usg i dziś spróbuję znaleźć jakiegoś weta bliżej mnie. To badanie w poniedziałek, bo to podobno jedyny dobry usg-ista w mieście, powinno się odbyć natychmiast, bo jeśli ma wykluczyć zatkaną nerkę czy guza w pęcherzu, to nie powinno się czekać...
    Uch.
    dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09




    Niedziela 21 czerwca. W piątek pies mój miał chyba jeden z najgorszych dni w życiu i już zaczynałam myśleć o nim w czasie przeszłym... Ale na szczęście, nim dotarł kolejny wet, już mu się poprawiło. Więc, sądzę, że to było wskutek zażycia tej pół tabl. No-spa i z jej powodu pojawiło się to ogromne osłabienie (z powodu obniżenia ciśnienia), tak że nie był w stanie chodzić, a nie z jakiegoś zapalenia płuc czy przerzutów. Zresztą - nieważne. Ciekawych rzeczy się dowiedziałam o urologii psów a raczej jej braku. Otóż nie operuje się ani nie bada się prostaty tylko usuwa jajka. Tak mówią i mój chirurg i konsultant powiatowy weterynarii, który był internistycznie wezwany na wizytę. Tak też mówi to, co znalazłam w sieci. Poza tym - nie robi się cystoskopii, nie robi się TK, bo nie ma komu tego ocenić. Uch.
    Napisz co twoi weci mówią. Bo u nas, jak twierdzi ten wet (powiatowy) znawca interny, prostata jest niewyczuwalna, bo "utonęła" już w brzuchu (?).
    Na szczęście dziś już pies próbował trochę pobiegać. I tylko jutrzejsze badanie wisi nade mną. Najchętniej bym nie szła, bo jak już się dowiedziałam, to nie zmieni niczego w leczeniu, bo niczego nikt nie będzie operował czy to w przypadku brodawczaka pęcherza, czy guza prostaty...
    dogobserverNiedziela 21st June 2009 04:56pm 
    Och, zapomniałam napisać, że w jajku wyszła seminoma, taki złośliwy, względnie, nowotwór. Nie musi dawać przerzutów. Jednak jest podwyższenie fosfatazy zasadowej czyli kostnej, i to może być wskaźnikiem obecności przerzutów w kościach.
    Swoją drogą ciekawe co się stało w czasie operacji, że mój pies był tak słaby następnego dnia po zabiegu i przez kolejne 2 tygodnie wyglądał na chorego, jak przy jakimś uogólnionym procesie zapalnym albo zatruciu, no i nie miał długo wygojonej rany, a w końcu pojawiło się zakażenie moczu i zapalenie pęcherza. To raczej nie był kamień nerkowy, bo po drugim podniesieniu nogi dla oddania moczu przeważało puste parcie na mocz (podnosił nogę i oddawał kroplę krwi co dwa kroki). A ten mocz z krwią w pierwszej porcji moczu dość szybko ustąpił po antybiotyku i tylko to puste parcie się utrzymywało.
    Przy badaniu dołu brzucha psu robiły się źrenice jak kamień młyński, ale nie piszczał, więc doktor nie dał się przekonać, że to z bólu. Twierdził, że huskie mają taki szybki układ nerwowy i dlatego tak reagują. Hmmm.
    W każdym razie ja już więcej no-spa nie dałam, dostał antybiotyk dodatkowo amoxycilinę im i metacam i gdyby nie niewiedza, czy to na pewno prostata tak krwawiła, to powiedziałabym, że jest dobrze.
    dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09
    w usg wyszły dwa ogniska w co prawda małej prostacie. Jedno mocno wysycone, i mogące wskazywać na przebyte zapalenie prostaty, a drugie o obniżonej gestości, mogące być przerzutem, albo zejściem zapalenia. Ja bym się skłaniała, że było zapalenie prostaty, poza wszystkim. No i są węzły pozaotrzewnowe - to też może wskazywać na zejście zapalenia lub przerzuty do węzłów. Jeszcze jeden węzeł jest wyżej - więc do powtórki usg za 3 tygodnie.
    Na szczęście już jest dobrze, pies nie umiera przede wszystkim.
    Co do antybiotyku - to właśnie miałam wrażenie, jak ty, że nie działało.
    Wylizywanie środka odkażającego - obstawiałam jako pierwsze, ale "zatrucie'/ "infekcja" trwały dłużej.



    Brak komentarzy:

    Prześlij komentarz