piątek, 27 kwietnia 2007

Operacja guzka przy odbycie, April 27, 2007

No, to jest już za nami!
Zaczęło się od przypadkowego odkrycia na spacerze. Zajrzałam pod ogon Wufka z powodu liniejącego kłaka na portkach i zobaczyłam, że tuż powyżej odbytu wystaje różowy guzek. Pierwszą moją myślą było, że zrobił mu się jakiś czyrak i że pewnie trzeba to będzie wycisnąć. Może coś mu się wbiło i taki zrobił mu się odczyn wokół ciała obcego. Nacisnęłam, ale to coś było sprężyste, a więc nie było dojrzałym do wyciśniecia ropniem.
Po spacerze poszłam do naszej wetki. Ona powiedziała, że to nowotwór, który jest BARDZO częsty u psów i typowo w tej okolicy robi się psom z powodu testosteronu. I nawet jak się wytnie, to i tak odrośnie, no a że trzeba wyciąć, jak będzie dwa razy większy. I wtedy jednocześnie trzeba zrobić kastrację. I że dobrze, że nie cisnęłam, bo to są guzy, które potwornie krwawią.
Przestraszona szłam do domu z wizją ścian zalanych krwią, gdy to pęknie...
Usiadłam przez kompem i zaczęłam szukać jakichś wiadomości na ten temat w necie. Neistety moje pytanie na kilku listach niby weterynaryjnych zostały bez odpowiedzi, więc myślałam sama.
Wymyśliłam, że można by to posmarować jakimś kremem z estrogenem i ten popularny dodatek drogich kremeów do wygładzania kobiecej skóry może spełni nietypowo funkcję - zlikwiduje wpływ nadmiaru testosteronu na wrażliwe tkanki okołoodbytnicze.
N astępnego dnia postanowiłam zasięgnąć opinii innego weta. Telefonicznie pan miał wątpliwości, więc umówiłam się na wizytę. Pojechałyśmy z Edytą i psem do Kniata i usłyszałam, że to jest nowotwór, niewątpliwie, i że trzeba sprawdzić czy jest hormonozależny, bo jeśli jest, to trzeba wyciąć jednocześnie jajka. Wufi dostał szybki zastrzyk z estrogenów, kolejny mialam zrobić po trzech dniach i obserwować, czy guzek się zmniejszy.
Bo jeśli się nie zmniejszy pod wpływem hormonu żeńskiego, to można (!) wyciąć sam guzek. Była jeszcze trzecia wersja, najlepsza, że po estrogenie guzek zniknie. Byłam za tą wersją ;o) ale guzek ani się zmniejszył, ani zwiększył, więc umówiłam termin operacji.
Nie muszę dodawać, że dużo myślałam... w efekcie przełożyłam termin z poniedziałku na czwartek, żeby mieć psa na oku, gdy będzie sobie chciał wygryźć opatrunek i szwy. Wzięłam kilka dni wolnych i dzięki przychylnemu układowi wolnych - 1 maja i 3 maja - mogłam opiekować się psem przez 6 dni po operacji.
W drodze na zabieg samochód Agnieszki odmówił współpracy i rozkraczył się, i dalszą drogę odbyliśmy taksówką. Na miejscu Kniat od razu zrobił psu zastrzyk (nie wiem jaki?) i kazał poczekać, aż pies uśnie. Dostałam miskę, gdyby wymiotował. Wyszliśmy, posadziłam psa i... minęły dwie minuty, gdy usnął. To był całkiem inny rodzaj zasypiania. Pies odpłynął. Próbował otworzyć oczy, ale mu się nie udawało. To był okropny widok! Tak nienaturalny! Przypomniało mi się, jak czasem reagowały matki niemowląt, którym podaje się premedykację i oddaje matkom, żeby dziecko spokajnie usnęło w znajomych ramionach. Ja tego nie rozumiałam wtedy, o przecież NIC TAKIEGO się nie działo. Po prostu dziecko odpływało. A one, te niektóre wrażliwe matki, reagowały taką paniką, jak ja teraz, przy usypianym psie.
Po kilku minutach Wufi nagle spróbował wstać, jakby czuł, że coś się dzieje niezwykłego i próbował odzyskać nad tym kontrolę. Nogi mu się rozjechały i nie był w stanie utrzymać się na przednich, śmiesznie rozkraczonych łapach. Na szczęście ludzie, którymi się w międzyczasie zajmował Kniat, wyszli i poszłam zapytać, co dalej.
Och, już śpi? - zapytał wet i polecił, żebym zawołala psa, to on za mną pójdzie. Nie dowierzałam, ale odezwałam się tą jedyną komendą, która działa zawsze. WSTAŃ - powiedziałam i pies w dramatycznie wyglądającej próbie wstał i próbował pójść w moją stronę. Nie mógł się utrzymac na nogach. Wet podtrzymywał mu zad i wkońcu, gdy było widać, że po zejściu z dwóch schodków Wufi jest całkiem niewładny i zdezorientowany, polecili, żebym zostawiła psa, to oni go wniosą. Miałam wrócić za godzinę.
Spacerowałam przed domem weta, aż w końcu przyjechała Agnieszka, przeszłyśmy się kawałek ulicą i wróciłyśmy pod gabinet. Drzwi były uchylone i gdy zajrzałam, okazało się, że już na nas czekają. Wufi stał w głębi drugiego pokoju jak pijany i z trudem utrzymywał się na nogach. Niesamowite było, że zareagował na mnie i podążył w kierunku skąd dochodził mój głos (i zapach?). Zbliżył się, a ja tymczasem załatwiałam zalecenia pooperacyjne z wetem i oglądałam wycięty guze. Jajowaty, z cystą. Do badania hisopatologicznego. Wynik będzie za 2-3 tygodnie. Wet powiedział też, że pies nie wymagał dodatkowego znieczulenia, że wystarczyło ostrzyknięcie miejscowe do całej operacji (no i ten "głupi Jaś").
Poprosiłam Kniata o coś przeciwbólowego i wymogłam receptę na meloksikam, chociaż wet twierdził, że nie będzie trzeba. Dowiedziałam się też, że można dać czopek z pyralginy.
Wufi tymczasem położył się i zapadł w dalszy, ten nienormalny sen.
Proszę go zawołać i iść przed nim, to on za panią pójdzie. Hihi, oczywiście zawołalam, a Wufi wyprzedził mnie i na chwiejnych nogach wyszedł na zewnątrz.
Po drodze odwiedziliśmy aptekę. Nie dowierzałam, że pies da radę samodzielnie wejść na 2 piętro, bo nawet wejście na trawnik skończyło się potykaniem... ale spróbowaliśmy. Na półpiętrze pies stanął, cięzko dysząc i z trudem trzymając się na nogach. Przymierzyłyśmy się do położenia psa na dywanik, ale się nie udało, więc jakoś, bardziej desperacją i siłą woli niż możliwościami fizycznymi jakoś dotarliśmy na górę. Zdecydowanie zamienię mieszkanie na parter!
Na miejscu pies zaległ, ale po chwili wstał. A gdy włożyłam kawałeczek upieczonego indyka do miski, zareagował jak zwykle - wstał i poszedł zjeść i napić się (choć wcześniej nie chciał wypić podanej mu wody). Dałam mu też pól tabletki meloksamu.
Po jakiejś godzinie, dwóch, zaczął przejawiać zainteresowanie miejscem pod ogonem, wstawał, kładł się, próbował wąchać. Uznałam, że znam psa i trzeba mu ponownie posmarować okolicę operowaną emlą (krem z lignokainą). Mogłam, bo nie było tam opatrunku. Po raz pierwszy miał posmarowanego guzka 50 min przed znieczuleniem.
Zdecydowałam się obserwować psa w nocy i interweniować, gdyby chciał sobie wylizywać, więc ułożyłam psa w mojej sypialni, zamknęłam drzwi i zostawiłam zapalone światło. Przez ponad 30 min pies był jeszcze niespokojnie zainteresowany tylną częścią, a w końcu lignokaina zaczęła chyba działać, bo pies uspokoił się i usnał. Zgasiłam światło, ale spałam z latarką w ręku i gdy przebudzałam się, słysząc mlaśnięcie, włączałam latarkę i patrzyłam, co pies liże, albo od razu mówiłam: Nie liż.
Jakoś dotrwaliśmy do rana. Rano pies był już zupełnie przytomny. No w końcu! Okropne były te półotwarte oczy z trudem przebijające się przez czerwone coś, co zamykało oko (trzecia powieka?). Poranna porcja - druga połówka tabletki. I pies jak nowy. :O) Nawet nie kuleje!
Poszliśmy na działkę, zrobiłam psu osłonięcie od słońca i kazałam zostawać pod stołem. Bardzo się cały czas rozglądał za czymś do jedzenia, ale dostał po południu, dopiero, gdy zrobił kupę. Rzeczywiście, bez kwilenia.
Teraz śpi, mam nadzieję spokojnie, choć trochę ma ciepły nos. Mam nadzieję, że to z przegrzania, bo jest bardzo ciepło.