środa, 21 marca 2007

Spotkanie z "majorką"

Mój pies nadal potrafi mnie zaskoczyć. Ma 9 lat, ja go bacznie obserwuję od zawsze, a jednak...
Sukę z "majorki" spotkaliśmy w połowie spaceru. Zabawna sucz. Biegała z takim pędem i dudnieniem, du-dum du-dum, że powinna paść, jeśli nie na zawał, to z przeciążenia stawów. Nie stało się tak, a jedynym objawem zmęczenia było picie wody. Właściwie nie różniła się w tym od Wufka, który biega luzem. On też zalicza każde zejście do wody przy pomostach.
Tym razem był na smyczy, więc choć trochę pogoniliśmy za wyrywającą do przodu suką, to nie biegał z nią luzem. A nawet można powiedzieć, że prawie ją ignorował, mimo dość częstych zaczepek.
Pan od suczki nazywał ją Kluska i powiedział, że to już ich drugie okrążenie, a ona wcale nie zamierza paść, no i że "po tej stronie" rzadko chodzą, bo raczej trzymają się boiska, gdzie mają towarzystwo innych suk, amstafek, "wie pani, jak one się zgadzają", no i że jemu się nie chce tyle chodzić, zwłaszcza zimą.
Pan rozważał też na głos plany matrymonialne, bo przecież suka ma już dwa lata, a w okolicy jest jeden rasowy-rodowodowy pies z majorki, więc byłoby można dopuścić, ale on nie chce... W każdym razie okazało się, że wkrótce suka będzie miała cieczkę. "Bo często już posikuje". 'O, to na dniach', dodałam i poszliśmy dalej. Nie było tematu. Aha, jeszcze powiedział, że ona i tak pewnie żadnego nie dopuści, bo dotąd je goni.
Nie było tematu aż do rozstania. Suka podeszła i odchodząc ustawiła się zadem do nosa Wufka. On - nos do wąchnięcia, suka - ogon do boku, ja - smycz do siebie. To tyle w temacie - nie dopuszcza.
Ale żeby tak nie dawał po sobie poznać?!

wtorek, 20 marca 2007

Pies na czekoladowym dopalaczu

Wracam dziś do domu i co widzę? Na podłodze rozerwany jakiś papier, jakieś pudełko w strzępach... Co znowu zeżarł? Przecież... nie zdążyłam dodać, że niczego nie zostawiłam, gdy rozpoznałam pudełko po czekoladkach, które przyniosła poprzedniego dnia Agnieszka. Nieszczęście! Zamarłam w panice. Pudełko było DUŻE i zdenerwowałam się, nie wiedząc ile czekolady pochłobnął mój pies i czy go to nie zabije...?
Poleciłam psu położyć się i poszukałam tętna. Nie udało się. Położyłam rękę na klatkę i wyczułam bicie serca. Szybkie. I coraz wolniejsze w miarę jak się uspakajało, bo pies leżał. Ja też się uspokoiłam i zaczęłam opanowywać z kolei złość, że jak z dzieckiem, nie można zapomnieć zostawić czegoś, bo zje i w dodatku może sobie zaszkodzić. Przeczytałam ile czekolady jest w opakowaniu i przeczytałam z ulgą, że 'tylko' 220g. To na szczęście 5 razy mniej niż dawka, która może zabić psa tej wielkości. No a poza tym, pocieszałam się, czekoladki są nadziewane, a nie składają się wyłącznie z czekolady. Malamuta zabiłoby zjedzenie 2 kg czekolady, a huska... pewnie połowa tego.
Gdy wyszliśmy na spacer, pies, w którego czekolada wlała tyle poweru co mocna kawa w człowieka, ciągnął obłędnie, jakby nie miał 9 lat tylko kilka miesięcy.
A może to tak tylko wyglądało? I Wulfy nie inaczej niż poprzedniego dnia, a zaledwie trochę mocniej parł do przodu napędzany zapachem jakiejś suki w cieczce?

środa, 14 marca 2007

SOCJAL szczekanie suki

Ta suka owczarka niemieckiego, którą kiedyś opisywałam, nadal jest pozostawiana za płotem posesji, więc mam okazję obserwować jej dalszy rozwój. Przede wszystkim udało się szczęśliwie zakończyć etap szczekania na wszystko za płotem. Pomogły w tym pewnie moje kuleczki, którymi częstowałam sukę zawsze wracając ze spaceru, no i wyprowadzanie przez małego chłopczyka -- 9 letniego opiekuna suki -- na w miarę regularne spacery.
Z zachowania suczki zniknęło też bardzo nasilone szczypanie, podgryzanie rąk przy powitaniu. To chyba dopiero po jakimś roku, może 1,5. Chłopczyk zauważył, że 'przestała tak szczypać, gdy lepiej kogos poznala'.
Czasem zdarzało się, że jednak słychać było oszczekiwanie. I to JAKIE! Mocne, niemal basowe, takie straszące. Zaciekawiona zaczęłam się przyglądać okolicy w takim przypadku. Okazało się, że za każdym razem po przeciwnej stronie ulicy przechodzi któraś z mieszkających w pobliżu suk. Po tej samej stronie właściciele nie odważali się prowadzać swoich suk. ;o)

ZABAWA w pojedynkę

Zabawną scenkę dziś widziałam. Za płotem rozlegały się charkoty, Wulfy zatrzymał się, to i ja zajrzałam przez ogrodzenie. Na niewielkim trawniczku za domem szarpał się z piłką piesek mniejszy niż PON. I mniejszy niż piłka, bo piłka była OGROMNA! Taka, na jakiej skaczą kilkuletnie dzieci trzymając się za uchwyty. Piesek ze szczeknięciem naskakiwał na pilkę przednimi łapami, sięgał głową nieco powyżej uchwytów, napadał zębami na jedną z wystających rączek, łapał i trzymał, potrząsał, a następnie z gardłowym charkoleniem ciągnął całość za sobą. Piłka była znacznie większa niż piesek, ale dzięki rozgryzionym już dziurkom i wypuszczeniu części powietrza, piłka dawała na siebie naskakiwać.
Wulfy chętnie by się przyłączył, ale to była chyba zabawa w pojedynkę.