poniedziałek, 29 stycznia 2007

Karmienie - konwencja łowy

Zajęcia ruchowe związane z przyjmowaniem posiłku organizuje się nawet niedźwiedziom...
Czasem zdarza się, że bawię się w domu w polowanie, gdy pies nie jest głodny, a może jest jak każde zwierzę w niewoli znudzony jedzeniem mało atrakcyjnego pokarmu - kulek. W polowanie mój pies bawi się wyłącznie, gdy celem jest ofiara mająca zapach posiłku. Tak więc oprócz tropienia, wchodzi w grę tylko zabawa w polowanie na rzucane kulki.
Dawno temu, gdy zaczynałam nabierać doświadczenia, rzucałam kulki w powietrze, bo Wufi tak najbardziej lubi polować - na ruchomą zwierzynę i do tego w locie. Niestety często zdarzało się, że się przy tym wielokrotnie zachłysnął, ponieważ miał tak gwałtowne zrywy z chwytaniem powietrza, że często kulka dostawała mu się nie tam, gdzie trzeba. Od tego czasu zabawa polega na rzucaniu kulek na podloge, lub po dywanie.
Gdy rzucam kulki na ziemię, staram się, żeby nie tylko uderzyły o podłogę, ale żeby też się od niej odbiły, najlepiej wiele razy i do tego w zaskakującym kierunku.
Dziś też, gdy Wufi po spacerze położył się koło mnie, a w kuchni zapełniona do połowy miska nie wzbudzała jego zainteresowania, nabrałam do miski resztę należnej porcji i... mogłam postawić, bo samo wydanie posiłku jest dość silnym sygnałem do rozpoczęcia jedzenia, ale tak dla próby rzuciłam na podłogę dwie kulki. Sądząc po żywiołowości reakcji, wywnioskowałam, że pies osiągnął etap misia w zoo i KONIECZNIE potrzebuje urozmaicenia.
Zaczęłam rzucać kulki na podłogę i jak zwykle obserwowałam zachowania Wufka obecne podczas takiej zabawy w karmienie.
Tym razem nie wyczekiwałam na zgryzienie kulki, nim rzucę następną, a od razu sięgałam po następna, patrząc, co robi pies. A Wufi rzucał się na każdą kolejną upuszczoną w danej chwili, gdy tymczasem rosła liczba kulek rzuconych wcześniej i leżacych na podłodze. Bardzo widoczne było ożywienie psa, i w postaci błyskawicznych ruchów przedniej połowy ciała, sprężonej do następnego zrywu i dopadnięcia kulkowej "ofiary", i w postaci uniesionego w górę ogona. Czasem naskakiwał na nią, na tę ofiarę, chwytając ją zębami, a czasem z pochyloną głową, nie patrząc na mnie, czekał na wydawany z podłogi dźwięk, który powie łowcy, gdzie jest ofiara czyli gdzie się odezwie następne stuknięcie.
Tym razem, ponieważ ja nie robiłam przerw między rzucaniem, nie dostosowując pojawiania się kolejnych ofiar do możliwości łapania ich, na podłodze zebrała się większa porcja dostępnych kulek. I wtedy zauważyłam, że pies zrobił coś innego niż zwykle. Nie czekał na następny dźwięk i ruch przed nosem, tylko zaczął metodycznie zbierać wszystkie kulki po kolei. Miał przy tym ruchy wolniejsze niż przy łapaniu kulek w locie po podłodze, i dopiero po wyzbieraniu już leżących kulek, powrócił do reagowania na dźwięk i ruch nowych kulek. To pojawiło się po raz pierwszy tak, że wyraźnie było widoczne wprowadzenie nowych reguł w nowych warunkach - nadmiaru dostępnych ofiar. Przerwałam na chwilę, by wyzbierał to co leżało, i zwolniłam nieco rzucanie.
Po pewnym czasie widoczne było mniejsze pobudzenie podczas łapania, ogon zwisnął luźno w dół, więc zaczęłam rzucać inaczej, tak by wzrosło zainteresowanie polowaniem, widoczne w postaci ożywionej gry w łowy. Ogon powędrował w górę po celowym rzucaniu z większym impetem, tak by było miejsce na naskok i okazja do tego.
Eksperyment zakończyłam w połowie miski i resztę postawiłam w kuchni. Wufi napił się wody, zjadł jeszcze kilka kulek z miski i przestał. Teraz leży nienachalnie czyli w oddaleniu ode mnie i nie dopomina się o zainteresowanie (moje) jego posiłkien (no daj coś zjeść, przecież widzisz, żem głodny!), co się też zdarza, gdy pies jest nienajedzony.

niedziela, 21 stycznia 2007

Wspomnienie o "huraganie Cathrina"


W dzisiejsze niedzielne przedpołudnie TVP2 przedstawiła film National Geographic, będący relacją sprzed lat z akcji ratowania zwierząt domowych w Nowym Orleanie. Były to głównie psy i koty zostawione w domach podczas ewakuacji przed huraganem Cathrina. Mimo zakazu przebywania na zalanym wciąż terenie, zaczęto ratować psy już po tygodniu od huraganu, metodą losową, i odnajdywano je w poniszczonych budynkach lub na dachach, dzięki temu, że psy się ujawniały, biegnąc do ludzi, lub hałasowały, będąc zamknięte gdzieś poza możliwością dostrzeżenia ich. Po 2 tygodniach zapełniło się miejsce przeznaczone na czasowy pobyt ratowanych psów, skąd zbyt wolno je odbierano i akcję przerwano. Wkrótce podjęto ją ponownie, bo ratownicy znaleźli nowy sposób pomagania - zostawiano wodę i karmę nowo odkrytym psom i kotom, znakowano domy. Nie zabierano zwierząt ze sobą. W kolejnym etapie, ponad 3 tygodnie po huraganie i zalaniu domostw Nowego Orleanu, gdy udało się umieścić wiele psów w domach przejściowych, w pośpiechu przed kolejnym atakiem tajfunu znowu zaczęto pospiesznie ratować psy, zabierając je z zalanych terenów.
Opowiem o losach dwóch psów z pokazywanej akcji ratowniczej. Film indywidualizował losy poszczególnych zwierząt i w większości doprowadzał je do pomyślnego finału. O innych mówił tylko w liczbach. Że przeżyło kilka tysięcy z kilku milionów tych, które przeżyły huragan Cathrina...
Wszystkie zwierzęta widoczne w pierwszych scenach filmu, w makabrycznych warunkach osamotnienia, zamknięcia w ograniczonej przestrzeni, bez wody i jedzenia od ponad tygodnia - bo wtedy dopiero rozpoczeto "odławianie" - jakoś sobie radziły. W większości z ekscytacją przemierzały granice swojego więzienia, podbiegały po wystających nad powierzchnią elementach budynków do podpływających ludzi i szczekały. Inne uciekały w znane sobie zakamarki.
Jeden z takich psów został znaleziony prawdopodobnie dlatego tylko, że popiskiwał z bólu. Inaczej by pewnie pozostał tam gdzie był, niezauważony. Pies leżał na swoim posłaniu i się nie ruszał. Nie wiadomo od jak dawna, bo gdy znaleziono go, na boku, na którym leżał, miał odleżyny. Z ich powodu piszczał. Być może powstały, gdy osłabiony z głodu pies położył się, bo nie miał sił się ruszać. To możliwe, bo choć minęly "zaledwie" dwa tygodnie, i psy w większości wytrzymywały ten okres w jako takim zdrowiu, ale ten był to szczeniak około 1 roku i miał dużo większe zapotrzebowanie pokarmowe niż dorosłe psy. Innym powodem, dla którego młody pies mógł nie opuszczać swojego lokum, była reakcja, jaka pojawia się u szczeniąt, gdy zostają same po opuszczeniu nory przez matkę czy opiekuna. Zwierzęta zastygając w kryjówce, stają się niezauważalne dla potencjalnych drapieżników. Jeszcze innym wytłumaczeniem nietypowego zjawiska mogła być aż tak nasilona reakcja zastygnięcia, jedna z trzech reakcji jakie występują w wyniku stresu (typowo jest możliwy atak, ucieczka lub znieruchomienie). Trudno przesądzić nie znając wyniku badania weterynaryjnego, czy nie był to może wynik początkowego poturbowania w czasie huraganu, a odleżyny powstały u psa unieruchomionego z powodu bólu...
W sposób bardziej "typowy" dla psa przyjaciela człowieka, zachowywał się bokseropodobny pies, którego ratownicy zauważyli w finalnej części akcji, po 3 tygodniach, na dachu jednego z domów. Pies ten resztką sił chodził po skraju dachu, słaniał się na nogach, ale poszczekiwał w stronę zbliżających się ludzi, jakby z desperacją chciał niepozwolić im się oddalić. Pies był chudy jak szczapa; nie tylko tak, że widać było żebra, ale między żebrami były wgłębienia - on tam nie miał już nawet mięśni.
Szanse przeżycia psa pozostawionego na terenach zaatakowanych przez huragan Cathrina i zalanych przez wiele tygodni przez nieopadające wody z gnijącymi resztkami roślin i zwierząt, kształtował głównie przypadek, choć w pewnym stopniu jak było widąc wpływało na nie również zachowanie psa. Aktywnie głoszące swoją obecność psy miały więcej szans, bo łatwiej je zauważano. W
początkowym etapie akcji ratunkowej ratowano głównie te psy, które dawały znać o swojej obecności, witały człowieka pobudzeniem i rzucały się do przodu w tańcu szczęścia. Albo z jazgotem uciekały w reakcji stresowej, bojąc się obcego człowieka... w jakiś zakamarek, z którego nie było wyjścia, i atakowały kij z pętlą, który zaciskał się, żeby je... uratować. Uratowano nawet psa, który zmarł w bezruchu. Tylko w ostatnim etapie akcji ratunkowej pojawiło się kryterium związane z pośpiechem - nieratowania psów, na których złapanie trzeba bylo poświęcić zbyt dużo czasu. Nie było czasu na opieszałość. P ostanowiono nie marnować czasu na zwierzęta zachowujące się zbyt agresywnie, by bez długotrwałych starań zapakować je do samochodu.
W oddali na ostatnich kadrach filmu widać było psy, których nie udało się wyłapać i uratować. Były tam również takie, które usiłowały sobie jakoś radzić same po tych 3 tygodniach nieobecności człowieka i zaczynały organizować się w rodzaj zdziczałych stad. Niestety, uciekając przed ludźmi w szaleńczym pędzie w większości skutecznie odsuwały od siebie szansę ocalenia.

Gdy po kilku tygodnia kolejna fala tajfunu dosięgnęła Nowy Orlean zginęły wszystkie pozostałe, pozostawione w domach zwierzęta. Ludzi poruszyła desperacja i nieskuteczność walki garstki ochotników o ocalenie tysięcy z kilku milionów zwierząt skazanych na zagładę wskutek nieprzewidywalności rozmiaru tragedii - właściciele czworonogów spodziewali się powrotu do swoich pupili najdalej po tygodniu. Rząd w wyniku doświadczenia z tej akcji zdecydował się na usunięcie z przepisów zapisu, który zabraniał ratownikom ludzi, zabierania również ich zwierząt.
Na temat samodzielności psa przysposobionego do życia w rodzinie pod opieką człowieka są dwa zdania. Jedno, że takie psy zostawione sobie może sobie poradzą. Albo, że może nie. Według opinii Coppingera (w ksiązka Dogs, wydana w 2001r w USA (!)) oswojony pies nie przeżyje bez człowieka. Jednak żadnego zwierzęcia, za które człowiek wziął odpowiedzialność, nie czekało przeżycie w Nowym Orleanie, gdzie zostawiono czworonogi na pewną śmierć.
A to po prostu coś, co dawno temu powiedział ustami Małego Księcia Antoine de Saint-Exuperry: „Odpowiadasz za to, co oswoiłeś.”

piątek, 19 stycznia 2007

orkan kirill i huragan u nas


Ufff, przeżyliśmy huragan! Mamy cały dach nad glową, co moze aż tak nie dziwi, bo przecież te dachówki przetrzymały zeszłoroczne ataki wichrów i jeszcze wcześniejszych tornad, ale nie spodziewalam się, prawdę mówiąc, takich błyskawic przecinających w poziomie całe niebo, czemu towarzyszyły spadki napięcia i ściemnienia, i przedłużający się grzmot. Był też hurgot i stukot czegos przelatujacego po dachu i popiskiwanie psa, ale... to byl Wufi, ktory spał i któremu coś się śniło. ;o)
Ja też wkrótce poszłam spać, bo od sylwestra trzyma mnie jakieś osłabienie, bóle gardła i duszność.
To cudownie, że mój pies nie boi się grzmotów. Ja też wlaściwie nie, chociaż sobie trochę ponawyobrażałam odlatywanie dachu i w końcu uspokoiła mnie dopiero myśl, że nade mną jest poddasze i może jak nawet coś zerwie ze skosów, to jeszcze zostanie płaski sufit...
Rano z zaciekawieniem nadstawilam ucha, ale przy tej prędkości wiatry były już pewnie koło Warszawy i zostało tylko poogladać, co urwało czy się przewróciło.
I sie przewrocilo. Ogromny kasztan wyrwalo z korzeniami. Spadl na szczescie na teren boiska przy drodze rowerowej, i zatarasował uliczkę, ale niewielką. Zeszliśmy z Wufkiem, zobaczyć dokładniej i Wufi się wwąchiwal w coś na brzegu wyrwy, a ja patrzyłam w ogromny lej po bombie u moich stop. Siła przyrody robi wrażenie. Korzenie wystające dwukrotnie mnie przewyższały.

niedziela, 14 stycznia 2007

Zaganianie, przeganianie? January 14, 2007


Na dzisiejszym spacerze podbiegł do nas czarny pies, podobny do labradora, ale chudszy, i na pewniaka stanął w gotowości przywitania się z Wufim. Stanął i się nie ruszał. Psy stały w swoją stronę pyskami, głowy obok siebie, pysk czarnego był odwrócony w stronę przeciwną do Wufiego. Uszy u kłapciatego psa podobno trudniej oceniać, ale tu na pewno były nie ściągnięte do czubka, ani nie powędrowały na czoło, więc jakoś widziałam poznanie psów, że spoko na pewniaka.
Rzeczywiście, Wulfy powąchał młodziaka, bo pies nie był chyba starszy niż 1-1,5, i próbował postraszyć podskokiem. W efekcie czarny pies przypadł na przednie łapy, Wufi też i zaczęła się próba gonitwy. Wulfy na smyczy 8m spaceruje od wielu miesięcy, bo czasem kuleje, więc nie miał sznasy się rozpędzić... a że ja nie lubię szarpać, jak się tak rozpędzi, jak to właśnie zrobił, to puściłam linkę.
Gonitwa na szczęście była krótka, po okręgu, Wulfy biegł po stronie zewnętrznej, wyraźnie zaganiając od zewnętrznej, jakby ukierunkowując bieg psa w ustaloną przez Wufka stronę. Już kiedyś tak rozbił, gdy chciał przegonić psa z jakiegoś obszaru łaki, odganiając od tego miejsca, w którym znajdowaliśmy się przed chwilą, tak że pies miał tylko jeden dozwolony kierunek ruchu do przodu. On jakby tego obcego psa WYGANIAŁ. Teraz nie było to aż tak zaznaczone. Pamiętam układ głowy i szyi Wufka, który idąc, wtedy kiedyś, wypychał psa na wyznaczoną trasę.
Tym razem sytuacja różniła się też tym, że ten obcy pies aktywnie podbiegł się poznać jako pierwszy i chyba chronił go też sposób zapoznawania - brakowało w nim jakichkolwiek oznak konfrontacji. Ot - przyszłem, wachaj i zaakceptuj. ;o)

Zaganianie, przeganianie? January 14, 2007

Na dzisiejszym spacerze podbiegł do nas czarny pies, podobny do labradora, ale chudszy, i na pewniaka stanął w gotowości przywitania się z Wufim. Stanął i się nie ruszał. Psy stały w swoją stronę pyskami, głowy obok siebie, pysk czarnego był odwrócony w stronę przeciwną do Wufiego. Uszy u kłapciatego psa podobno trudniej oceniać, ale tu na pewno były nie ściągnięte do czubka, ani nie powędrowały na czoło, więc jakoś widziałam poznanie psów, że spoko na pewniaka.

Rzeczywiście, Wulfy powąchał młodziaka, bo pies nie był chyba starszy niż 1-1,5, i próbował postraszyć podskokiem. W efekcie czarny pies przypadł na przednie łapy, Wufi też i zaczęła się próba gonitwy. Wulfy na smyczy 8m spaceruje od wielu miesięcy, bo czasem kuleje, więc nie miał sznasy się rozpędzić... a że ja nie lubię szarpać, jak się tak rozpędzi, jak to właśnie zrobił, to puściłam linkę.

Gonitwa na szczęście była krótka, po okręgu, Wulfy biegł po stronie zewnętrznej, wyraźnie zaganiając od zewnętrznej, jakby ukierunkowując bieg psa w ustaloną przez Wufka stronę. Już kiedyś tak rozbił, gdy chciał przegonić psa z jakiegoś obszaru łaki, odganiając od tego miejsca, w którym znajdowaliśmy się przed chwilą, tak że pies miał tylko jeden dozwolony kierunek ruchu do przodu. On jakby tego obcego psa WYGANIAŁ. Teraz nie było to aż tak zaznaczone. Pamiętam układ głowy i szyi Wufka, który idąc, wtedy kiedyś, wypychał psa na wyznaczoną trasę.

Tym razem sytuacja różniła się też tym, że ten obcy pies aktywnie podbiegł się poznać jako pierwszy i chyba chronił go też sposób zapoznawania - brakowało w nim jakichkolwiek oznak konfrontacji. Ot - przyszłem, wachaj i zaakceptuj. ;o)