niedziela, 26 lutego 2012

Uśpiłam Wufka

Wczoraj uśpiłam Wufka.Nosiłam się z tą myślą od czasu, gdy zaczął zsuwać się ze schodów z powodu niepełnej władzy w tylnych łapach. Ale gdy zaczął stawiać je ostrożniej, schody na jakiś czas przestały być problemem nie do pokonania. Potem, by nie wykorzystywać do cna możliwości, jakie jeszcze ma, skracałam trasy spacerów. Wiedziałam, że gdy pozwolę mu na wybranie dłuższej wersji, to w połowie drogi powrotnej stanie, w ogóle nie mogąc iść dalej, bo mu tylna prawa łapa "nie będzie chodzić" albo cały zad się ugnie. Ten opuszczony zad, a właściwie początkowo tylko ogon były pierwszymi sygnałami mających nadejść problemów z chodem. Stopniowo nauczyliśmy się wzajemnie, co jest możliwe, a co przekracza możliwości. Z kolei przyszedł czas na zastanawianie się przed pierwszym ruchem wyciągnięcia łapy do pierwszego stopnia schodów przy każdym kolejnym półpiętrem; stopniowo wydłużyło się to do całych minut przedostatniego dnia. Nie chciał się wspinać, ale gdyby ktoś mnie zapytał, czy to było z powodu bólu, to nie potrafiłabym jednoznacznie powiedzieć. Po prostu stał i się nie ruszał.[reminiscencja] pierwotnie nazywałam go w myślach psem niemową. bo wydawało mi się, że nie komunikował. nie tylko dźwiękiem, ale w żaden inny znany mi sposób. po latach mogłam powiedzieć, że komunikował zawsze, ale nie miał we mnie odbiorcy, bo robił to na swój, bardzo wilczy sposób, a dźwięk nie służył zbyt wielu przekazom - wysoki szczek zdarzał się tylko gdy suczka w cieczce była poza zasięgiem smyczy, kot był na drzewie (a Wufek pod nim) oraz w trakcie spożywania jakiegoś naprawdę wyjątkowego smakołyku z miski. wówczas wydawał z siebie zaśpiew, jak wycie. zwykłego wycia nigdy nie prezentował. och jeszcze jedna sytuacja wywabiała dźwięki z tego niemego gardła - oczekiwanie na nagrodzenie smakołykiem, gdy emocje wybuchały wraz z oferowaniem wszystkich sztuczek, których go kiedykolwiek uczyłam na raz, by zapewnić sobie nagrodę. aha, no i jeszcze jedna sytuacja - gdy chciał coś ode mnie z talerza, dawał wtedy krótki ostry szczek albo warknięcie. poza tymi pięcioma sytuacjami istniało tylko pozycjonowanie. zastyganiem jakiegoś ruchu dawał mi znać o tym wszystkim, o czym ośmielał się mi mówić. tak to oceniłam w końcu - brak komunikacji z obawy lub respektu albo może braku wpojenia, że się z człowiekiem komunikuje i jak to się robi, by dostać efekt. pewnie ja też nie ułatwiałam sprawy, ze swoją ubogą potrzebą komunikowania, czy gestem czy dźwiękiem, dodatkowo powstrzymywaną po mocnym skarceniu wylewności w pierwszych dniach - pies tak mocno dał mi znać, że to co robię jest przez niego odczytywane jako zagrożenie i narasta lęk wobec mnie, że wycofałam się, by zrobić mu miejsce i dać czas na oswajanie. nie wiem czy do niego doszło kiedykolwiek. tak naprawdę, jak inne psy, oswojony to ten pies nigdy nie był. jak już się na tym poznałam, zrozumiałam, że bogatszy byłby przekaz wulfi-ja, gdybym poznała pełną mowę ciała wilków. starałam się, bardzo, odkryć to wszystko, co było gdzieś do odkrycia. oczywiście z tymi, co zwykle, zastrzeżeniami - wiedza miała być naukowa, a nie przesądna, powierzchowna, a tylko taka istniała w sieci. złożyłam ofertę mojego pomysłu na obserwowanie psa i wiele lat spędziłam tocząc bezsensowne spory z wściekłymi zwolenniczkami jakichś sekt, ale spuśćmy na to litościwą zasłonę przeszłości. dużo pewności dawała wiara w porządną metodykę i prostotę coraz dostępniejszego w ciągu lat obrazowania. i w efekcie, powstały finalnie - obserwacje zebrane w etogram - udało się stworzyć powiązania zachowań wielokrotnie powtarzanych w tych samych sytuacjach z zapisem fotograficznym.

wtorek, 16 czerwca 2009

Bardzo chory Wufek June 16, 2009

Wufek wyciągnął mnie w nocy na spacer i robił dużo siku. Rano zaczął sikać i sikał i sikał, a potem zobaczyłam, że w moczu jest krew. Potem już sikał wyłącznie krwiście. No więc pojechałam do Kniata, pies dostał trzy zastrzyki - z żyły krew, w dupinę antybiotyk, a pod skórę na barku no-spę. Mam jutro się u niego pojawić popołudniu. A w jajku okazało się, że jest seminoma, czyli złośliwy nowotwór. Dobrze, że się pojawiłaś. Może dzięki tobie dowiem się czegoś więcej o dostępności zabiegów i operacji w obrębie pęcherza i gruczołu krokowego.
A co za operację miał Baltuś i dlaczego tak długo się goiło? Wyciągali kamień?
W piątek pies mój miał chyba jeden z najgorszych dni w życiu i już zaczynałam myśleć o nim w czasie przeszłym... Ale na szczęście, nim dotarł kolejny wet, już mu się poprawiło. Więc, sądzę, że to było wskutek zażycia tej pół tabl. No-spa  i z jej powodu pojawiło się to ogromne osłabienie (z powodu obniżenia ciśnienia), tak że nie był w stanie chodzić, a nie z jakiegoś zapalenia płuc czy przerzutów. Zresztą - nieważne. Ciekawych rzeczy się dowiedziałam o urologii psów a raczej jej braku. Otóż nie operuje się ani nie bada się prostaty tylko usuwa jajka. Tak mówią i mój chirurg i konsultant powiatowy weterynarii, który był internistycznie wezwany na wizytę. Tak też mówi to, co znalazłam w sieci. Poza tym - nie robi się cystoskopii, nie robi się TK, bo nie ma komu tego ocenić. Uch.
Napisz co twoi weci mówią. Bo u nas, jak twierdzi ten wet (powiatowy) znawca interny, prostata jest niewyczuwalna, bo "utonęła" już w brzuchu (?).
Na szczęście dziś już pies próbował trochę pobiegać. I tylko jutrzejsze badanie wisi nade mną. Najchętniej bym nie szła, bo jak już się dowiedziałam, to nie zmieni niczego w leczeniu, bo niczego nikt nie będzie operował czy to w przypadku brodawczaka pęcherza, czy guza prostaty..

Sun, Jun 21 2009 04:56pm
Och, zapomniałam napisać, że w jajku wyszła seminoma, taki złośliwy, względnie, nowotwór. Nie musi dawać przerzutów. Jednak jest podwyższenie fosfatazy zasadowej czyli kostnej, i to może być wskaźnikiem obecności przerzutów w kościach.
Swoją drogą ciekawe co się stało w czasie operacji, że mój pies był tak słaby następnego dnia po zabiegu i przez kolejne 2 tygodnie wyglądał na chorego, jak przy jakimś uogólnionym procesie zapalnym albo zatruciu, no i nie miał długo wygojonej rany, a w końcu pojawiło się zakażenie moczu i zapalenie pęcherza. To raczej nie był kamień nerkowy, bo po drugim podniesieniu nogi dla oddania moczu przeważało puste parcie na mocz (podnosił nogę i oddawał kroplę krwi co dwa kroki). A ten mocz z krwią w pierwszej porcji moczu dość szybko ustąpił po antybiotyku i tylko to puste parcie się utrzymywało.
Przy badaniu dołu brzucha psu robiły się źrenice jak kamień młyński, ale nie piszczał, więc doktor nie dał się przekonać, że to z bólu. Twierdził, że huskie mają taki szybki układ nerwowy i dlatego tak reagują. Hmmm.
W każdym razie ja już więcej no-spa nie dałam, dostał antybiotyk dodatkowo amoxycilinę im i metacam i gdyby nie niewiedza, czy to na pewno prostata tak krwawiła, to powiedziałabym, że jest dobrze.
Mon, Jun 22 2009 12:37pm
Chyba to tak jak mówisz - głównie zapalenie pęcherza. Ale w usg wyszły dwa ogniska w co prawda małej prostacie. Jedno mocno wysycone, i mogące wskazywać na przebyte zapalenie prostaty, a drugie o obniżonej gestości, mogące być przerzutem, albo zejściem zapalenia. Ja bym się skłaniała, że było zapalenie prostaty, poza wszystkim. No i są węzły pozaotrzewnowe - to też może wskazywać na zejście zapalenia lub przerzuty do węzłów. Jeszcze jeden węzeł jest wyżej - więc do powtórki usg za 3 tygodnie.
Na szczęście już jest dobrze, pies nie umiera przede wszystkim.
Co do antybiotyku - to właśnie miałam wrażenie, jak ty, że nie działało.
Wylizywanie środka odkażającego - obstawiałam jako pierwsze, ale "zatrucie'/ "infekcja" trwały dłużej.
Baltek - współczuję. Ale chyba nieco lepiej w stosunku do tego, co przeżywaliście na początku. Taki dodatkowy otwór to niestety źródło dodatkowej infekcji, chyba że osobno odprowadzany jest ten mocz do sterylnie zbieranego worka.
Literki polskie - krzaczory mam u ciebie w każdym poście, i nie daje się nic zrobić po zmianie kodowania czyli masz ustawione w twoim kompie że tak powiem... niekompatybilnie.  Daj na UTF-8 jeśli się uda.
Mon, Jun 22 2009 02:09pm
Wufek na spacerach odzyskal sile i ciagnie do swoich zainteresowan. Ale zauwazylam, ze pobiegal za jakas suczka przez chwile i wrocil bez protestu. Ocenilam, ze sie zmeczyl. Albo ten jego anielski charakter sie utrwalil i sie moj pies mnie slucha na stare lata  W kazdym razie z uwagi na mnie nie chodzimy duzo, i niemal wylacznie na smyczy, wiec nie ma okazji sprawdzac, ile moze Wufi.

Mon, Jun 22 2009 03:50pm
 Chociaż to się jakoś trzyma kupy - przypisywanie aniołom braku jaj!!!!
Na pewno nie ma wpływu na behawior mojego psa wycięcie jajek hihi
Tak na poważnie - nie ma powodu, by zauważyć cokolwiek zależnego od testosteronu w wieku Wufka, gdy jest on stary, gdy ma już w pełni ukształtowany płciowo rozum, gdy jedyne, co się może zdarzyć, i czego się obawiałam, to zmniejszona siła mięśni. Behawior mojego psa zmieniła choroba i tak widzę to, co się dzieje po zabiegu. A co do Wufka - aniołka, to się uśmiecham, bo tak mu się już od kilku lat zrobiło, że zwraca na mnie uwagę... a czemu? No chyba z ciągłego przebywania ze mną i braku alternatywnego świata, jaki miał, gdy znikał na spacerach.
Wed, Jun 24 2009 07:16am
miwDopiszę jeszcze, że jest lepiej. Po namyśle uznałam, że wyjaśnieniem dla takiego przebiegu po operacji może być nadczynność testosteronowa przed. To mogłoby wyjaśnić, po części, stan , w jakim był Wufek przez pierwsze dni po zabiegu. Bo co to jest wygląd "chorego psa"? Mniejsza aktywność, mało "życia" w ruchach, a najbardziej te nie całkiem otwarte oczy. Pólprzymknięte powieki i brak ożywienie, gdy widzi coś, co wcześniej zapalało iskierki ciekawości w oczach. Zmęczone oczy.
Teraz na mój widok oczy ożywiają się, a wcześniej, przez 2-3 tygodnie po kastracji tego nie było.
Tak wygląda pies "chory", ale pewnie i w depresji. Czyli może pies z pokastracyjnym spadkiem wysokiego testosteronu ma depresję...?


Mon, Jun 29 2009 02:37pm

    Do obserwacji zmian po kastracji mogę dodać jeszcze dwie.
    Pierwsza dotyczy linienia. Kilka dni temu, a więc po 3-4 tygodniach po kastracji wyskubałam podszerstek niemal z całej kryzy z przodu. Wyjaśnię, że letnie linienie nie bywało nigdy dotąd aż tak obfite. Masywna utrata futra była typowa wyłącznie dla styczniowego linienia. Może traci kryzę, jako oznakę samczości? 
    miwDruga obserwacja nie pozostawia wątpliwości, że kastracja nie pozbawia agresywności wobec innych samców. W ciągu tych kilku tygodni były chyba 3 kontakty z samcami, podczas których mój pies warczał, a raz rzucił się z zębami (i chwycił, dla postraszenia, bez rozdarcia skóry). Wszystkie te psy były niewielkie i zbliżyły się zbyt blisko jak dla Wufka. Wydaje się, że z wiekiem ORAZ PO KASTRACJI agresja z poirytowania łatwiej się przebija. Kiedyś Wulfy lepiej się hamował, a wobec małych psów nie przejawiał oznak zniecierpliwienia. No może przesadzam, bo miał kilka piesków, które gonił...
    W jednym przypadku, gdy był jeszcze w zdecydowanie złym stanie po zabiegu, wydawało się, że nie rozpoznał psa, którego zna, akceptuje i który też jest mały i podszedł. Odwrócił się gwałtownie i chwilę trwało, nim nad sobą zapanował. Jakby coś mu utrudniało rozpoznanie albo psa albo tego, jak powinien zareagować.

    Wed, Jul 15 2009 06:24am

      miwKolejne obserwacje to: utrata "portek" czyli kolejne miejsce wylinienia oraz poprawa apetytu. Mimo upałów pies nie wybrzydza i zjada wszystkie kulki.

      poniedziałek, 15 czerwca 2009

      Kastracja Wufka June 15, 2009

      Fri, Jun 19 2009 11:37am
        Chory jest Wufek. Bardzo. Od operacji wyglądał nieciekawie. A przez ostatnie 2 dni oddawał mocz z krwią, właściwie miał niedużo moczu, a raczej tylko parcie na pęcherz, bo zatrzymywał się co dwa kroki i próbował "coś" zrobić i nic nie wylatywało tylko pojedyncza kropla krwista.
        Po antybiotyku i no-spie jest nieco lepiej z moczem, oczyścił się, ale pies z trudem chodzi.
        W badaniach - cechy infekcji i trochę podwyższona kreatynina (jak u starszych). Na poniedziałek się chyba nie doczekam na badanie usg i dziś spróbuję znaleźć jakiegoś weta bliżej mnie. To badanie w poniedziałek, bo to podobno jedyny dobry usg-ista w mieście, powinno się odbyć natychmiast, bo jeśli ma wykluczyć zatkaną nerkę czy guza w pęcherzu, to nie powinno się czekać...
        Uch.
        Ale po kolei. Było tak:

        Operacja-kastracjaJun 10, '09 7:37 AM
         miw
        Autor Maria Sobiecka.

        Usunęłam Wufkowi jajka.
        Wyczułam w niedzielę, że powiększone jajko jest coraz bardziej twarde i dwa razy takie, jak było rok temu, gdy wahałam się, czy usuwać. Drugie, jak wcześniej, było 3 razy mniejsze i jak galareta. Dwa lata temu przy okazji usuwania guzka okołoodbytniczego prosiłam weta, by sprawdził dysproporcję wielkości i twardości jajek, ale wtedy on mnie uspokoił, że jajka są w porządku. Cały dzień bałam się, że przegapiłam okazję usunięcia nowotworu w zarodku, bo że sprawa jest rozrostowa, to tym razem już ja byłam pewna. W poniedziałek zadzwoniłam do weta (odebrała wetka) i umówiłam się na pilną operację tego samego dnia.


        Tym razem poszło dobrze. Uprzedziłam panią wetkę, że Wufek nie budził się przez 9 godzin po poprzedniej premedykacji, i nalegałam na duuużo mniejsze dawki. Udało się. Pani, z niedowierzaniem, ale dala mniej, jak na 5 kg psa, a nie 30 kg i Wufek spokojnie usnął! I do tego podała mu coś do żyły, żeby można było dodać, gdyby było trzeba i odwrócić działanie leków usypiających innym lekiem. W efekcie odebrałam psa, który stal na nogach już po pól godzinie, a nie jak wcześniej, bez przytomności, leżącego, z kapiącą śliną. No może trochę był skołowany, ale NIE MA PORÓWNANIA.


        Co do samego usuwania jajek, to próbowałam wytargować, żeby zobaczyli, czy jest nowotwór w tym jajku, co ja go chcę usunąć, jak go usuną, tym co było duże i twarde (a pani doktor przez telefon powiedziała, że to z pewnością nowotwór!), a dopiero wtedy zdecydują, czy usuwać to drugie. Ale pani doktor długo mnie przekonywała, no i w końcu uległam. Tak wiec (już pan doktor, co do którego ręki chirurgicznej mam bardzo dobre zdanie) usunęli mu oba jaja i jest teraz bezjajeczny.


        Z drugiej strony, po całym wczorajszym dniu, gdy przemyśliwałam, jak... już go grzebię, to otucha we mnie wstąpiła, gdy usłyszałam, że u psów nowotwory w jajkach są w 90% bez przerzutów, i leiomyoma, czyli względnie łagodny, taki, jak podejrzewają u Wufka, nie powinien dać późniejszych skutków... No i tak więc nie mamy jajek, mamy nadzieję w sercu i chyba będzie dobrze.
        To na gorąco z pola bitwy.
        Dobrze, że to już za nami. Dobrze, że tak szybko, bo nie wiem, jak bym przeżyła, gdybym miała z tym pomysłem żyć dłużej przed zabiegiem. [Może ja jestem jakiś facet, a nie baba, bo dla mnie kastracja nie jest "drobnym, niemal kosmetycznym zabiegiem", który się wykonuje (albo powinno wykonywać) u każdego psa, a operacją ze wskazań medycznych wyłącznie. Tak, jak słyszałam, podobno reagują faceci - na kastrację niemal nigdy nie przyprowadza swojego psa facet...]
        Następne dni były delikatnie mówiąc takie sobie. Wet zapytany o to, na co mam uważać po zabiegu, wspomniał o powiększeniu tego, co zostało po jajkach do wielkości normalnych jajek. Powiększenie nastąpiło, rzeczywiście, po 4-5 dniach. Jednak problem był z zupełnie czym innym. Po poprzednich zabiegach pies był jak nieżywy ZARAZ po obudzeniu, ale następnego dnia wszystko spływało po nim, jak po psie. Tym razem pies był chory prawie tydzień. No piątego dnia zaczął być trochę żywszy, przestał wymiotować i zainteresował się jedzeniem. Nie wiem, co było powodem. Może miał gorączkę? Może rana była zakażona? Może środek, którym wypaćkano ranę "zatruł" psa? Był srebrny i dostępny wylizywaniu. W każdym razie pies wymiotował 2-3 razy dziennie codziennie przez 3 -4 dni, niechętnie jadł i chodził osowiały.


        A może jednak po prostu niedostateczne znieczulenie odbiło się na "przerabianiu" hormonów stresu w okresie po zabiegu? Brałam też pod uwagę wrzód żołądka po środku przeciwbólowo-przeciwzapalnym, meloksikamie, jaki dostał dożylnie podczas zabiegu i pół tabletki ode mnie, następnego dnia, gdy zaczął intensywnie wylizywać ranę. Przez te pierwsze 4 dni słyszalne było bardzo, bardzo nasilone kruczenie w brzuchu. Słyszalne było z drugiego pokoju. A wylizywanie rany uznaję za objaw bólu, bo niebolącym miejscem pies się nie interesuje. Zdjęcia obok i powyżej były zrobione następnego dnia.
        Niepokojąco kilko razy drżała psu łapa, tylna, raz jedna raz druga, przy zwykłym staniu. Wchodzenie na schody było poważnym wyzwaniem. Posłużył się całkiem inną techniką - albo łapa za łapą, albo kicanie, a nie jak zwykle kilka stopni z odbicia. Tak słabe mięśnie po zwyczajnym znieczuleniu? I to przez tydzień? (Wczoraj przestało). Więc chyba nie z powodu uszkodzenia kręgosłupa w odcinku krzyżowym przy podnoszeniu psa za nogi, a z bólu(?).


        [Zdjęcia powyżej zrobiłam dziś, po 10 dniach od operacji]. Na szczęście niemal wszystko minęło, rana się prawie zagoiła, pies żywiej przebiera nogami i okazuje zainteresowanie, a nie snuje się. przemywanie wodą utlenioną i pienienie się nadal wzdłuż brzegu wskazuje na istniejącą infekcję bakteriami beztlenowymi, ale pieni się obecnie zdecydowanie mniej obficie niż wcześniej.


        Za późno zainteresowałam się tym razem raną, przekonana o "dobrej ręce" weta, i chyba przegapiłam miejscową infekcję. Dzięki wylizywaniu psa i wodzie utlenionej od 4 dnia, brzegi rany zagoiły się i nie ma nacieczenia. Dzielę się tymi obserwacjami, żeby przestrzec przed traktowaniem jakiegokolwiek zabiegu/ operacji u psa jako "kosmetyki" i sposobu na cokolwiek, co można załatwić inaczej. Każda operacja, tak u psów, jak i u ludzi, zawsze jest połączona z ryzykiem, nie tylko utraty zdrowia, ale i życia, więc powinno się poważnie przemyśleć zasadność decyzji o zabiegu. Również kastracji.
        dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09
        Piątek 19 czerwca. Chory jest Wufek. Bardzo. Od operacji wyglądał nieciekawie. A przez ostatnie 2 dni oddawał mocz z krwią, właściwie miał niedużo moczu, a raczej tylko parcie na pęcherz, bo zatrzymywał się co dwa kroki i próbował "coś" zrobić i nic nie wylatywało tylko pojedyncza kropla krwista.
        Po antybiotyku i no-spie jest nieco lepiej z moczem, oczyścił się, ale pies z trudem chodzi.
        W badaniach - cechy infekcji i trochę podwyższona kreatynina (jak u starszych). Na poniedziałek się chyba nie doczekam na badanie usg i dziś spróbuję znaleźć jakiegoś weta bliżej mnie. To badanie w poniedziałek, bo to podobno jedyny dobry usg-ista w mieście, powinno się odbyć natychmiast, bo jeśli ma wykluczyć zatkaną nerkę czy guza w pęcherzu, to nie powinno się czekać...
        Uch.
        dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09




        Niedziela 21 czerwca. W piątek pies mój miał chyba jeden z najgorszych dni w życiu i już zaczynałam myśleć o nim w czasie przeszłym... Ale na szczęście, nim dotarł kolejny wet, już mu się poprawiło. Więc, sądzę, że to było wskutek zażycia tej pół tabl. No-spa i z jej powodu pojawiło się to ogromne osłabienie (z powodu obniżenia ciśnienia), tak że nie był w stanie chodzić, a nie z jakiegoś zapalenia płuc czy przerzutów. Zresztą - nieważne. Ciekawych rzeczy się dowiedziałam o urologii psów a raczej jej braku. Otóż nie operuje się ani nie bada się prostaty tylko usuwa jajka. Tak mówią i mój chirurg i konsultant powiatowy weterynarii, który był internistycznie wezwany na wizytę. Tak też mówi to, co znalazłam w sieci. Poza tym - nie robi się cystoskopii, nie robi się TK, bo nie ma komu tego ocenić. Uch.
        Napisz co twoi weci mówią. Bo u nas, jak twierdzi ten wet (powiatowy) znawca interny, prostata jest niewyczuwalna, bo "utonęła" już w brzuchu (?).
        Na szczęście dziś już pies próbował trochę pobiegać. I tylko jutrzejsze badanie wisi nade mną. Najchętniej bym nie szła, bo jak już się dowiedziałam, to nie zmieni niczego w leczeniu, bo niczego nikt nie będzie operował czy to w przypadku brodawczaka pęcherza, czy guza prostaty...
        dogobserverNiedziela 21st June 2009 04:56pm 
        Och, zapomniałam napisać, że w jajku wyszła seminoma, taki złośliwy, względnie, nowotwór. Nie musi dawać przerzutów. Jednak jest podwyższenie fosfatazy zasadowej czyli kostnej, i to może być wskaźnikiem obecności przerzutów w kościach.
        Swoją drogą ciekawe co się stało w czasie operacji, że mój pies był tak słaby następnego dnia po zabiegu i przez kolejne 2 tygodnie wyglądał na chorego, jak przy jakimś uogólnionym procesie zapalnym albo zatruciu, no i nie miał długo wygojonej rany, a w końcu pojawiło się zakażenie moczu i zapalenie pęcherza. To raczej nie był kamień nerkowy, bo po drugim podniesieniu nogi dla oddania moczu przeważało puste parcie na mocz (podnosił nogę i oddawał kroplę krwi co dwa kroki). A ten mocz z krwią w pierwszej porcji moczu dość szybko ustąpił po antybiotyku i tylko to puste parcie się utrzymywało.
        Przy badaniu dołu brzucha psu robiły się źrenice jak kamień młyński, ale nie piszczał, więc doktor nie dał się przekonać, że to z bólu. Twierdził, że huskie mają taki szybki układ nerwowy i dlatego tak reagują. Hmmm.
        W każdym razie ja już więcej no-spa nie dałam, dostał antybiotyk dodatkowo amoxycilinę im i metacam i gdyby nie niewiedza, czy to na pewno prostata tak krwawiła, to powiedziałabym, że jest dobrze.
        dogobserverdogobserver wrote on Jun 22, '09
        w usg wyszły dwa ogniska w co prawda małej prostacie. Jedno mocno wysycone, i mogące wskazywać na przebyte zapalenie prostaty, a drugie o obniżonej gestości, mogące być przerzutem, albo zejściem zapalenia. Ja bym się skłaniała, że było zapalenie prostaty, poza wszystkim. No i są węzły pozaotrzewnowe - to też może wskazywać na zejście zapalenia lub przerzuty do węzłów. Jeszcze jeden węzeł jest wyżej - więc do powtórki usg za 3 tygodnie.
        Na szczęście już jest dobrze, pies nie umiera przede wszystkim.
        Co do antybiotyku - to właśnie miałam wrażenie, jak ty, że nie działało.
        Wylizywanie środka odkażającego - obstawiałam jako pierwsze, ale "zatrucie'/ "infekcja" trwały dłużej.



        czwartek, 7 czerwca 2007

        Zajrzyj na Flickr. com

        http://www.flickr.com/groups/dogobserver/discuss/

        Planowe biegi

        > Nie chce byc pesymistka ale poki co na wolne dzikie biegi> bym nie liczyla ;/

        Miejmy nadzieje, ze jestes pesymistka!

        Przeciez napisalam, ze 'rehabilituje' wufka od roku czyli dawkuje mu taki wysilek fizyczny, zeby mu sie nie pogarszalo. niektore zalecenia byly nierealne. pies nie mial schodzic po skosie w dol, a mieszkam na 2 pietrze oraz dosc stromy mamy dostep do rzeki, ktora umozliwia
        chlodzenie w okresie letnim.

        Pewnie, ze zdarzaly sie bledy i kulenie powracalo. na szczescie na krotko i moja nadzieja nie umierala.
        Jakos od lutego po probnym spuszczeniu na sniegu w warunkach zerowego pobudzenia i dzikiej galopadzie, mimo tego, zamierzalam stopniowo dawkowac ten dziki bieg. skoro wufek nie potrafi chodzic bez smyczy po tak dlugim chodzeniu smyczowym, tylko pedzi, to te pedy powinny byc dosc krotkie i coraz dluzsze, ale nie czesto. tak tez robimy.

        Jeszcze cos - po tak dlugim czasie bez cwiczen na spacerach to nasze przywolanie jest naprawde przez naleganie... ;o) (nie krzycz, nie moglam cwiczyc, nie ze sem leniwa, tylko to bylo tak samo niebezpieczne, bo jednym z domyslnych i najbardziej ulubionych popisow psa podczas cwiczen byla seria dzikich podskokow, a niewybieganemu psu tylko to w glowie, zeby poszalec, wiec oferowanie zachowania konczylo sie raczej predzej niz pozniej seria absolutnie zakazanych podskokow... )

        Wczoraj bylismy na spacerze i poniewaz nie bylo sladu kulenia, wiec jak wracalismy, to znowu spuscilam wufka. i znowu szedl coraz predzej i za 'swoim ineteresem'. no i przypomnialo mi sie, jak to bylo kiedys, gdy na kazdym spacerze ozywialam sie... pies z wysoko uniesionym ogonem
        wskoczyl zdecydowanie w gestwe zarastajaca niewielkie drzewko nad rzeka. a wczesniej slyszalam psie glosy. zajrzalam tam i zobaczylam napuszonego wufka i dwa psy, dalmatynczyka i duzego kudlatego mieszanca pon-teriera. za zielonym parawanem panowala cisza i powolne przemieszczanie psow w tej szaradzie. po kilku minutach dalmat opuscil
        krzaczory, wufi poprezyl sie jeszcze troche wobec kudlacza, i dal sie namowic do opuszczenia krzaczkow.

        Nieslusznie zakladajac, ze to wszystkie pomysly, jakie ma moj pies na koniec spaceru, nie podpinalam smyczy i powoli, ale w pewnej odleglosci zmierzalismy w strone drozki do
        wyjscia. zza nieskoszonej aprtii traw na wale wyskoczyla on-ka, za kijaszkiem i natychmiast wrocila, na paniczny okrzyk pani. wufi pomknal w tamtym kierunku. uslyszalam tekst: prosze zawolac swojego psa! i zajrzalam przez przesmyk w trawie. pani z dzieckiem, kilkuletnia dziewczynka, probowaly cos zrobic w sprawie pozorowanych rzutow on-ki z charkotem w strone wufka. doslyszalam rowniez: mamo czy on nie powinie miec kaganca? oczywiscie,
        odpowiedziala mama. nie wolalam, wiedzialam, ze jak wufi tylko znajdzie sposobnosc, zeby stamtad czmychnac, znaczy sie nie odczyta z mojej twarzy pogrozek, czego to mu nie
        zrobie, jak go zlapie, to podazy za mna. tak sie tez stalo.

        I ... znowu blad. znad rzeki rozleglo sie zajadle ujadanie. wiec wufi pobiegl tam natychmiast, zebym nie zdolala go przypadkiem gdzies w miedzyczasie przechwycic :O)

        Dopadl do brzegu w radosnych podskokach a tam... niewielkie a ogromnie jazgotliwe terierkowe cos probowalo zmierzyc sie z... tym, co przywolalo :O) teriery takie sa - do przodu
        mimo przewazajacych sil wroga. tak jak wufek musi do innego psa pobiec, tak terier musi zaalarmowac (i tego psa przywolac). takie rasy.

        Panowie wedkarzowie mieli zero watpliwosci, ze terierek sobie poradzi :O))))) i wreszcie poszlismy w strone wyjscia. nawet nie opieral sie, zeby podlaczyc sie do smyczy.

        Inne sa takie spacery niz smyczowe, prawda?

        niedziela, 3 czerwca 2007

        po roku kulenia - osteoporoza?

        Puscilam psa ponownie luzem, na pol spaceru, gdy wracalismy do domu.

        Pies ma za soba rok chodzenia na smyczy. od czasu do czasu, gdy przeciazyl sie, kulal. ja staralam sie odkryc to maksimum, ktore dobrze toleruje, mimo chorego wiezadla (prostownika dlugiego palcow w przednich lapach). czynilam starania, zeby psu sie nie nawracalo kulenie, metoda prob i bledow. jeden z bledow - puszczenie psa luzem po dlugim okresie chodzenia na uwiezi kosztowal psa zlamanie nogi. stalo sie to, bo przy niesprawnym aparacie stawowo-wiezadlowym pies pomknal ile fabryka dala w nierownym terenie, z napedem lowczym... wyrwal sobie kawalek kosci stepu przy przeciazeniu (zlamanie typu greyhounda).

        Potem byl dla mnie i mojego psa zwyczajny koszmar - zle zalozona luska, odlezyna, pies sciagajacy zgieta luske przez zlamanie... no a nie bylo latwo dostac pomocy fachowej, choc w miescie, to jak na zapadlej wsi. :-(

        Potem jeszcze uslyszalam, ze pies nie bedzie juz nigdy biegal, bez chocby obejrzenia chodu psa! to mnie wbrew pozorom uspokoilo. tak samo jak w sprawie oswajania, nie dalam za wygrana. husky, ktory nie biega?! niemozliwe. w wolf parku rehabilituja duzo gorsze schorzenie.. . Nasza rehabilitacja polegala na takim dobraniu spacerow (pieszych, smyczowych), zeby sie scieraly paznokcie, a zeby pies nie kulal nastepnego dnia. najgorsze byly suki, ktore MUSIALY sie witac z moim psem, a ten glupek MUSIAL podskoczyc i sie popisac przed taka dama...

        Kilka razy pies byl spuszczony ze smyczy. Za kazdym razem byl jak zwolniona sprezyna. ale warunki, ktore wymuszaly spuszczenie (bezpieczne przywitanie z innym psem), byly
        bezdyskusyjne.


        Nauczylam sie tak dokladnie obserwowac, czy pojawia sie minimalna nierownosc chodu, zwiastujaca pogorszenie, o ile nie wrocimy natychmiast do domu, ze momentami sprawdzalam, czy mi sie nie wydaje (czy nie mam obledu). nie wydawalo sie. zaczelam ufac ocenie cos po roku od pierwszego wypadku. puscilam psa, po dlugim spacerze. bylo dobrze, ale niezupelnie.

        Wydluzylam okres oczekiwania na sposobnosc puszczania luzem, az bede pewna i takze po stopniowym przywroceniu sprawnosci miesniowej - krotkie biegi w warunkach wzglednie kontrolowanych.


        I dzis byla kolejna proba wydluzenia czasu nie na smyczy. Oczywiscie gdy pies natychmiast po spuszczeniu spuszczal glupawke, zakladalam, ze nie ma rezerw i natychmiast bralam
        na smycz. niech cwiczy z umiarem.

        Dzis mial okazje do szalenczej galopady z powodu suki (1x), dodatkowo - glupawki (1x) i przywolania - powracal w takim oblednym pedzie, ze warto bylo patrzec!

        A w drodze powrotnej nadal nie kulal! Musialam sie z wami tym podzielic! jest nadzieja!


        PS. u ludzi w podeszlym wieku podaje sie suplementacje witamina D w prewencji zlaman z osteoporozy. chyba tu tez tak trzeba zrobic. Wety mowia, ze nie trzeba, ale nie
        rozumiem, co mowia, bo:
        - w starszym wieku ZMNIEJSZA sie ilosc ogolnie przyjmowanego pokarmu o jakies 30-50% (!). u psow tez.
        - w starszym wieku zmniejsza sie ilosc wbudowanego wapna do kosci z powodu zmniejszenia ruchu czyli tak jak u ludzi moze sie pojawic zagrozenie osteporoza, u ludzi to
        praktycznie 100% populacji osob starszych
        - u psow aktywnosc testosteronowa byc moze przeciwdziala niszczeniu tkanki kostnej, ale przy obu powyzszych wcale nie przeczy mozliwosci pojawienia sie osteoporozy u psow z
        ograniczeniem ruchowym, zywieniowym i starszych (oraz pewni u suk- wielokrotnych matek, gdy czesto nie daje sie dostatecznie dobrze uzupelniac wydatkowanego wapna.
        co wy o tym sadzicie?

        piątek, 25 maja 2007

        Wolność przy 35 stopniach....

        Spuściłam dziś wufka ze smyczy. 16.00. Pusto, żadnych psów. Jesteśmy nad sama rzeka. Zmoczył się już dwa razy. Niech pochodzi chwil luzem, zaraz i tak wracamy - nie ma warunków do spaceru.

        Gdzie tam!

        Widzę na ścieżce coraz szybciej oddalający się zad wufka. Zbacza nad wodę. Wchodzi. Wyskakuje i biegnie w pełnym galopie ścieżką, naprzód, ile tchu w piersiach.

        Uuups...

        Dwa dziecka, nastoletnie, siedziały przy ścieżce. Skosił. No niezupełnie. Ale w biegu głupawkowym wpadł na nie, a one się nie spodziewały. Więc zaskoczone, mokre, śmiejące się. Bez zmiany tempa biegł dalej. A może coraz szybciej?
        ;o)

        Uwielbiam patrzeć na to zerwanie do biegu. Byle naprzód i naprzód. A już od roku jest na to okazją incydentalnie. Znaczy - robię próbę ze spuszczeniem jak popełniając świadomie przestępstwo. Bo płaci za to nawrotem kulenia. Ale, co jakiś miesiąc, dwa, myślę, trzeba życie przeżyć, a nie iść obok niego. I puszczam. Na krótko. Niech się przeleci. :O)

        Ostatnio upłynął wydłużony do roku termin prowadzania non-stop na smyczy. Bo gdy mokre łapy się poślizną na schodach, to rymps i pies znowu kuleje.

        A dziś. Ciiii, wracał ze spaceru lekki jak piórko. Tak miekutko chodziły te nadgarstki.